MaciejCześć. Gram na gitarze co prawda elektrycznej, ale rocka nigdy nie grałem i już chyba nigdy grać go nie będę. Od najmłodszych lat nasiąkałem muzyką jazzową, a właściwie jazz-funkową. W moim domu głośniki zainstalowane były w każdym pokoju, nawet w łazience i w kuchni. Całe mieszkanie wypełnione było jazzem. Wyobraźcie sobie teraz chłopca z VI klasy podstawówki, który słucha Herberta Hancocka (np. płyty "Mr Hands", rok 1979), George'a Duke'a ("Brazilian Love Affair", rok 1980), Weather Report i Steps Ahead. Dzieciaki z Powiśla tego zupełnie nie rozumiały, ale przyzwyczaiłem się do tego. Kiedy byłem mały, grałem trochę na fortepianie i na wiolonczeli. Na gitarze zacząłem dość późno, bo w II klasie liceum.
Przez sześć lat chodziłem do I Prywatnej Szkoły Muzyki Rozrywkowej im. Krzysztofa Komedy. Uczyłem się tam u Grzegorza Gałuszki (klub Remont). Skończyłem I stopień i zdałem na III rok II stopnia, ale od października '98 zacząłem studia dzienne na
Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie i musiałem zrezygnować z PSMR. Żałuję że nie mogłem zrobić dyplomu w tej szkole, ale nie było innego wyjścia.
Chcę bardzo podziękować mojemu nauczycielowi Włodkowi Hnatiukowi, który dał mi spojrzenie na
harmonię jazzową, od którego pochodzi cała wiedza, jaką mam na ten temat.
Akademia nie jest pierwszą uczelnią, na której studiowałem. Zaraz po maturze dostałem się na
Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Chodziłem tam przez półtora roku, ale już w pierwszym tygodniu wydarzył się incydent, który spowodował, że nabrałem urazy do tej uczelni. Nigdy nie czułem się tam dobrze, a z czasem było coraz gorzej. Zaliczyłem trzy semestry, ale zawaliłem przez to rok w szkole muzycznej i musiałem go powtarzać. Coraz więcej czasu spędzałem w PSMR, gdzie założyłem zespół jazzowy; coraz rzadziej pojawiałem się na Politechnice. W końcu zupełnie przestałem tam przychodzić i jak dotychczas - wcale tego nie żałuję.

więcej >>